- Tak jest. Warunki nie podlegają negocjacjom. - Gloria zacisnęła dłonie. - Przejąłbyś zarządzanie hotelem. Masz znakomitą opinię.

boską niech pani przestanie przepraszać!

- Jesteś bardzo głupi, młody człowieku.
niańka Eriki, Ŝeby wkraść się w moje łaski? śe w końcu zmienię zdanie na temat
interesować prywatnym Ŝyciem swoich pracowników. Raczej dlatego, Ŝe się bał...
Pani Stoneham pożegnała gadatliwą panią Lamb i zaczęła się zastanawiać, co się dzieje z Clemency, gdy zjawił się niespodziewany gość. Przycinała właśnie róże w ogrodzie, jednym okiem wypatrując młodej kuzynki, gdy przed bramę Ujechała dwukółka. Niski, elegancki mężczyzna poluzował lejce i zsiadł z powozu należącego, jak rozpoznała pani Stoneham, do zajazdu „Korona”. Koń schylił łeb i zajął się skubaniem trawy, a przybysz zabezpieczył koła kilkoma polnymi kamieniami i podszedł do furtki.
- Lady Arabella. - Pani Stoneham cicho wskazała drobną i pełną życia brunetkę idącą na przedzie. Ubranie pasowało do jej świeżej, młodzieńczej urody - biała batystowa sukienka falowała lekko przy każdym kroku, a włosy, związane skromnie z tyłu, wychylały się niesfornie spod białego, słomkowego kapeluszu. Na tym jednak kończyło się podobieństwo do pensjonarki, nic bowiem nie mogło zamaskować dojrzałych kształtów dziewczyny ani śmiałego spojrzenia, rzuconego w stronę przystojnego syna farmera. Arabella najwyraźniej z trudem poddawała się wszelkiej kontroli i obecność starszej opiekunki, idącej za nią jak troskliwa kwoka, zdawała się nie mieć na nią żadnego wpływu. Gdy mijały Clemency, ta usłyszała rzucone nie¬dbale słowa:
Doznawała dziwnego uczucia, Ŝe Mark Hartman nie porzuci jej. I nie porzuci
Na wzmiankę o nich Clemency nasunęła nerwowo kape¬lusz na czoło.
połyskiwały w słońcu. Opuścił dłoń, a włosy same opadły, by
- Obowiązki wzywają - mruknęła pod nosem. – Jeżeli będziecie mnie potrzebować, dajcie znać przez sekretarkę.
- A jeżeli się nie zgodzę, matka pośle mnie do ciotki Whinborough.
i Willow zobaczyła zarys domku Chada na drzewie.
- Ale nie chcesz wyjść za mnie za mąż?
przysięgłam dokonać zemsty, co jest sprzeczne ze wszystkim, czego strzeŜe człowiek,
głos. Uniosła głowę i ujrzała zbiegającą w dół wysoką

    
- Wcale nie. Planowałem zamieszkać tu z Henrym, ale wszystko się zmieniło.

Z oszołomieniem potrząsnęła głową
Nie znał jednak maleńkiego sekretu Róży - jej poranne zabiegi wokół siebie były tym, co lis pewnie nazwałby
- On panienkę kocha - powtórzył z przekonaniem stary kamerdyner. - Dlatego uciekł.
Chociaż...
- Pani Burchett powinna trzymać język za zębami. Re¬szta służby też!
- Jesteś bardzo pięknym kwiatem - mówił Motyl uwodzicielskim głosem.
34 Gdy wreszcie dotarli do domku rybackiego, Beck spędził sporo czasu, żeby znaleźć wolne miejsce do parkowania pomiędzy wozami policyjnymi, karetkami i innymi samochodami. Na podwórku przed chatką i na brzegu Bayou Bosquet kłębili się policjanci, sanitariusze i reporterzy z lokalnych gazet, rozmawiając z ożywieniem. Jeden z fotografów cofnął się, aby zrobić zdjęcie domkowi i nadepnął przypadkiem na wypchanego aligatora leżącego na dziedzińcu. Podskoczył ze strachu, ku uciesze swoich towarzyszy. W domku nastroje były bardziej ponure. Okręgowy lekarz sądowy nadzorował tam wyprowadzanie ciała Klapsa Watkinsa. Beck i Sayre stali na zewnątrz, kiedy pchano w kierunku ambulansu wózek z czarnym workiem. Gdy zamknęły się tylne drzwi karetki, oboje dołączyli do grupki stłoczonej wokół schodów prowadzących na ganek. Na podeście siedział Chris w towarzystwie Rudego Harpera, Wayne'a Scotta i Huffa. Był odziany jedynie w spodnie, a jego tors i nagie stopy zbroczone były krwią. W dłoni trzymał papierosa, którego zdążył wypalić do połowy. Spojrzał na Sayre i przywitał Becka słabym uśmiechem. - Dzięki za szybkie przybycie. - Dobrze się czujesz? - Trochę się trzęsę. - Uniósł dłoń trzymającą papierosa. Drżała. - Co się stało? Beck zadał pytanie całej grupie, ale pierwszy zareagował detektyw Scott. - Wedle pana Hoyle'a, Watkins wtargnął do domku rybackiego, rzucił w niego ubraniem, które miał na sobie, gdy zabijał Danny'ego, a potem zagroził śmiercią również panu Hoyle'owi. - Tamtej nocy na szosie nie bałem się go, pewnie dlatego, że ze mną byłeś - powiedział Chris do Becka. - Wydawał mi się wtedy zwykłym dupkiem. Ale dziś rano zachowywał się, sam nie wiem... jak psychopata. Naprawdę chciał mnie zabić i gdyby nie łut szczęścia, dopiąłby swego. Huff ścisnął ramię syna pokrzepiająco. Beck zadał sobie pytanie, czy tylko on widzi pistolet zatknięty za pas starego. - Watkins zachował rzeczy, które miał na sobie, gdy zabił Danny'ego? - spytała Sayre. - Przyniósł je tutaj? Szeryf Harper wskazał na brązową papierową torbę na dowody rzeczowe, która, wedle wiedzy Becka, pozwalała lepiej przechować wszelkie ślady DNA. - Dziś rano dostaliśmy również but należący do Watkinsa - opowiedział wszystkim o sprawie. - Ostrzegłem Huffa, że jeśli Klaps zorientuje się, iż pozostawił po sobie obciążający dowód rzeczowy, stanie się jeszcze niebezpieczniejszy. Prosiłem, żeby na siebie uważał. Nie udało się nam ostrzec na czas Chrisa. - Miałem wyłączoną komórkę - wyjaśnił Chris. - Byłem już zmęczony dziennikarzami nieustannie dzwoniącymi do mnie z prośbą o komentarz w sprawie zamknięcia fabryki. Kiedy tu przyjechałem wieczorem, wyłączyłem telefon. Nie wiedziałem, że muszę się mieć na baczności przed Watkinsem. - Skąd wiedział, gdzie cię szukać? - spytał Beck, - Najwyraźniej nas obserwował. Pojawił się w pobliżu twojego domu. Dopadł nas na drodze. Włamał się do pokoju hotelowego Sayre. Jeśli obserwował to miejsce, z łatwością zauważył mój samochód. - Chris skinął w kierunku porsche. - Może przyniósł ze sobą te ciuchy, żeby nas przestraszyć. Są upaćkane... - Spojrzał na Huffa i nie dokończył. - Kto wie, co nim kierowało? Nie myślał jak normalny człowiek. Dziś rano zachowywał się jak maniak. - Jak się obroniłeś?
- Dlaczego jesteś smutna? - spytał Mały Książę.
W jej oczach mógł wyczytać dokładnie to samo.
- Wiedzieliśmy wszyscy.
W końcu zrozumiała, że może mu wierzyć, a wtedy na¬płynęła fala bólu. Już nigdy nie zobaczy swojej małej sio¬strzyczki...
- Ciebie nazwę Wesołym, a ciebie - Ponurym.
Henry wyglądał na zadowolonego.
jest chwastem, lecz kwiatem, zacząłem o nią bardzo dbać. Wyrosła na piękny kwiat, piękny jak światło księżyca...

©2019 www.grano.do-zapach.limanowa.pl - Split Template by One Page Love